web tracker

Bohaterowie i anioły

inicjał - O
 

 

na jest niedojrzała emocjonalnie - powiedziała moja koleżanka, opisując pewną znajomą. - Wiesz, kto jej się najbardziej podobał we "Władcy Pierścieni"? Legolas! 

Zrozumiałam, że nie miała na myśli urody wiotkiego chłopięcia ze spiczastymi uszami, lecz coś więcej. Typ mężczyzny. Koleżance najbardziej podobał się Aragorn. - A tobie? - padło pytanie.
Gdyby chodziło o postać z książki, odpowiedziałabym bez wahania - Tom Bombadil. Ale mojego ulubionego bohatera nie wpuszczono do filmu, zresztą, pewnie nie nalegał. A zatem...
- Gandalf - oświadczyłam.
- Wiesz co, ty też masz chyba coś nie po kolei - stwierdziła koleżanka.
I to mi dało do myślenia.

Jeżeli z moim życiem emocjonalnym jest nie całkiem w porządku, czyja to wina? Tylko i wyłącznie męskich bohaterów książek, które czytałam jako mała dziewczynka. To przecież oni, zadomowieni w mojej wyobraźni, wyznaczali kierunek poszukiwaniom ideału. Oni ponoszą odpowiedzialność za wszystkie rozterki, rozczarowania i miłosne niepowodzenia. Wszystko przez nich.
Ale przez kogo?
Kiedy byłam mała było ich trzech: Staś Tarkowski, Michał Wołodyjowski i d'Artagnan. W gruncie rzeczy wiele tych chwatów łączyło: waleczność, skłonność do brawury, maksimum miłości własnej i minimum refleksji.
Z tych trzech najważniejszy był Staś.

konik.jpg

Staś urodził się, wychował i doszedł do czternastego roku życia w Port-Saidzie, nad kanałem, wskutek czego inżynierowie, koledzy ojca, nazywali go "dzieckiem pustyni(...)Staś wyższy był i silniejszy, niż bywają chłopcy w jego wieku, a dość mu było spojrzeć w oczy, by odgadnąć, że w razie jakiego wypadku prędzej zgrzeszy zbytkiem zuchwałości niż bojaźnią. W czternastym roku życia był jednym z najlepszych pływaków w Port-Saidzie(...) Strzelając z karabinków małego kalibru - i tylko kulami, do dzikich kaczek i do egipskich gęsi, wyrobił sobie niechybną rękę i oko(...) Urodzony w Egipcie, mówił po arabsku jak Arab.Od Zanzibarytów, których wielu służyło za palaczów przy maszynach, wyuczył się rozpowszechnionego wielce w całej Afryce środkowej języka ki-swahili, umiał nawet rozmówić się z Murzynami z pokoleń Dinka i Szylluk, zamieszkujących poniżej Faszody nad Nilem. Mówił prócz tego biegle po angielsku, po francusku i po polsku, albowiem ojciec jego, gorący patriota, dbał o to wielce, by chłopiec znał mowę ojczystą.(1) Staś Tarkowski był dla mnie bwana kubwa, kiedy miałam pięć, może sześć lat. Gdy zrównałam się z nim wiekiem, wydał mi się śmieszny w swojej chełpliwości i w ogóle nieco nadęty. A później - on pozostał na zawsze czternastolatkiem z uproszczoną wizją świata, podzielonego na rozumnych, sprawiedliwych białych, podstępnych Arabów i prymitywnych Murzynów - a ja dorastałam. Im większa dzieliła mnie od Stasia różnica wieku, tym trudniej przychodziło zaakceptować jego wizję.
W istocie ma on sporo cech niesympatycznych, z których najprzykrzejsza jest ta, że nigdy samego siebie nie podaje w wątpliwość (2) - napisał Jan Błoński próbując dociec przyczyny własnych skomplikowanych uczuć do Stasia. Według niego przez trzysta stron Staś wcale się nie zmienia: najbardziej osobliwe przypadki potwierdzają w nim tylko to, co już wie o sobie i świecie. Rzecz w tym, że naprawdę Staś nie jest wcale ciekaw świata. Interesuje go jedno: okazać się godnym własnego pojęcia o sobie. Z chwilą, gdy może postawić sobie piątkę z heroizmu, idzie spokojnie na polowanie. Podróż z Port Saidu do Mombasy nauczyła go właściwie tylko geografii Afryki, rozeznania w faunie i celności strzału. Znać to najlepiej po jego stosunku do ludzi, których poznaje. Nie stara się wniknąć w powody, które gnają Arabów do Mahdiego; przywódcę powstania uważa po prostu za szarlatana; do Murzynów odnosi się z bezbrzeżną pogardą: okazują się naiwniejsi od Nel.(3) Mimo tej postawy, którą Błoński nazywa postawą "heroicznego konformisty", Staś byłby nawet do zniesienia, gdyby nie to, że już na początku książki coś się do niego przyczepiło. To coś jest śliczne jak obrazek, głupie i bezradne, a nazywa się Nel. Nel stanowi dla Stasia magiczną gwarancję jego własnej męskości: im ona będzie bardziej nieporadna, tym on dzielniejszy i bardziej przedsiębiorczy. Gniewałby się, gdyby chciała mu pomagać. Niechaj pozostanie przedmiotem, w którym ucieleśniła się esencja kobiecości, tak jak w nim - esencja męskości(4). Mała Miss Rawlison jest główną przyczyną moich związanych ze Stasiem rozterek - tak irytująca, że chciałoby się, ażeby wreszcie pożarło ją wobo, jest jednocześnie jedynym powodem, dla którego Staś działa, więc pozbyć się jej nie można. W taki oto sposób, za sprawą młodzieńczej miłości do bohatera "W pustyni i w puszczy", dowiedziałam się ważnej prawdy o relacjach damsko-męskich: pełni zalet mężczyźni zwykle poświęcają życie najbardziej denerwującym kobietkom i głupieją do tego stopnia, że widzą w nich dobre mzimu.

W jednym chyba jest Błoński dla Stasia zbyt surowy: to przecież bohater idealny, a ideał zmienić się nie może. Po prostu czasem przestaje wystarczać.
Domyślam się, że ta niezrozumiała dziś dla mnie miłość do władających orężem mołojców, musiała wiązać się z tym, że tak bardzo chciałam być chłopcem. Nie kochałam Stasia - ja chciałam nim być. Przeżywać przygody, walczyć jak d'Artagnan, jeździć konno i ruszać wąsikiem jak Mały Rycerz. Kiedy dotarło do mnie (późno, mniej więcej w pierwszej klasie), że zamiast walecznym herosem jestem dziewczynką ze skłonnością do przewlekłych infekcji układu oddechowego, definitywnie porzuciłam dzielnych zawadiaków: d'Artagnana, Stasia i pana Michała, a nawet pokrewnego im idola telewizyjnego, Janka Kosa. Jednak sentyment do bohaterów pozostał mi jeszcze przez jakiś czas.

konik.jpg


Dick Sand był mocno zbudowany, chociaż już teraz było widać, że nigdy nie będzie wysoki. Od razu rzucało się w oczy, iż nie był Anglosasem. Miał ciemne włosy, oczy niebieskie, lśniące zawsze żywym blaskiem. Zawód marynarza zaprawił go doskonale do walki o byt. Jego inteligentna twarz tchnęła energią. Nie była to fizjonomia zuchwalca, lecz śmiałka(...) Dick Sand już w piętnastym roku życia umiał powziąć decyzję i wytrwale dążyć do celu wytkniętego przez jego stanowczy umysł. Wyraz jego twarzy, poważnej i bystrej zarazem, przyciągał uwagę ludzką. Nie trwonił energii na zbędne słowa i gesty, jak to zwykle czynią chłopcy w jego wieku(...) Bardzo zwinny, bardzo zręczny, doskonale wygimnastykowany(...) Zajmował się najchętniej geografią i podróżami i czekał, aż osiągnie wiek odpowiedni do zapoznania się z tą częścią matematyki, która ma zastosowanie w nawigacji.(5) 
Chociaż piętnastoletni kapitan Dick Sand przemierzał Afrykę na długo przed Stasiem T., i choć była to Afryka równikowa, bardziej przerażająca niż pustynia razem z puszczą, przyszło mu się zmierzyć z podobnymi niebezpieczeństwami. Czyhali na niego okrutni handlarze niewolników, dzikie zwierzęta, ale i ludożercy, których szczęśliwie oszczędzono Stasiowi. Aby ocalić swoich bliskich, podobnie jak Staś, nie wahał się zabić złego człowieka. Zdawałoby się, że istnieje schemat opowieści o dzielnym chłopcu, w który obaj są wpisani, z obowiązkowym zestawem elementów takich jak wielki, mądry pies, czy stara niania, jedyna śmiertelna ofiara po stronie "dobrych".
Dlaczego więc Staś mnie drażni, a Dick Sand nadal budzi ciepłe uczucia? Bo Staś gloryfikuje imperializm, Dick - wolność, podstawę amerykańskiej demokracji. Bo Staś jest zuchwalcem, Dick - śmiałkiem. Bo Dick nie marzy o bohaterskich czynach, nie pali się do bycia herosem. Jest zbyt męski, by potwierdzać swą męskość udziałem w niebezpiecznych przygodach. Co nie znaczy, że gdy się przydarzą, nie będzie umiał im sprostać. A oto, czego dowiadujemy się o jego dalszym życiu: Mimo młodości cieszył się powszechnym szacunkiem, ale był tak skromny, że nawet sobie z tego nie zdawał sprawy. Nigdy nie wsławił się glośnym czynem i nie przypuszczał nawet, że męstwo, niezłomność, odwaga, których dowody dał tylokrotnie, uczyniły z niego bohatera.(6) Może to nie wypada, bo jestem od niego dobre dwa razy starsza, ale wciąż mam słabość do Dicka Sanda. W każdym razie wolałabym, żeby to on symbolizował "bohaterski" etap moich poszukiwań ideału, a nie Staś Tarkowski, d'Artagnan czy pan Wołodyjowski, nie mówiąc już o Janku Kosie...

konik.jpg


O następnym z moich ukochanych literackich chłopców, trzeba by mówić jakimś innym, tylko dla niego stworzonym językiem. Językiem "ludzi i aniołów", bo jawi się jako człowiek i anioł równocześnie.
A pojawia się tak:
Mary wstrzymała oddech i przystanęła, by popatrzeć. Pod drzewem, wsparty o pień plecami, siedział chłopiec i grał na fujarce. Chłopiec miał zabawną, miłą powierzchowność, a wyglądał na lat dwanaście. Był schludnie ubrany, miał zadarty nosek i policzki czerwone jak dwa kwiaty maku, a Mary nigdy jeszcze nie widziała takich okrągłych i tak bardzo niebieskich oczu. Na drzewie, o pień którego był oparty, siedziała wiewiórka patrząc na chłopca, zza krzaków zaś wyciągał szyję i nasłuchiwał bażant, a tuż przy nim siedziały dwa króliki, ruszając różowymi pyszczkami - i zdawało się, że wszystkie zwierzaki przybliżały się coraz bardziej, by słuchać łagodnych tonów fujarki.
Ujrzawszy Mary, chłopiec wyciągnął rękę i odezwał się głosem tak cichym jak jego granie:
- Nie trzeba się ruszać, bo pouciekają.
Mary stała nieruchoma. Chłopiec przestał grać i zaczął dźwigać się z ziemi. Robił to tak wolno, iż ledwie można było spostrzec, że się rusza, lecz wreszcie wyprostował się, a wtedy wiewiórka drapnęła na gałęzie, bażant skrył się w krzakach, a króliki uciekły w podskokach, choć wcale nie zdawały się przestraszone.
- Jestem Dick - rzekł chłopiec. - Wiem, że to panna Mary.(7) 
Ta tajemnicza scena pełna napięcia i obietnic, czułości i tęsknoty, jest jak początek miłości. Jeszcze zanim chłopiec z wrzosowiska wypowie swoje imię, czuję, że muszę mu pozwolić się oswoić. Tak jak dała się oswoić Mary Lennox, bohaterka "Tajemniczego ogrodu".
Dick, a właściwie Dickon Sowerby ukazuje się pannie Mary niczym jakiś pogański bożek, dziki Pan grający na fletni. Jest posiadaczem pierwotnej, instynktownej wiedzy o tajemnicach życia. Ta wiedza pozwala mu zbliżyć się do świata zwierząt i roślin tak bardzo, że zacierają się granice między nim, a tym, co go otacza. Mówi :...aż mi się czasem zdaje, że i ja jestem królik albo wiewiórka, albo może nawet jakiś żuk - czy ptak. Czasem to sobie myślę, że może i ptak albo lis, albo ja wiem co!(8) 
To oczywiste, że Dickon jest dla Mary egzotyczny. Inaczej mówi, ubiera się w połatane ubrania, je tak dziwaczne rzeczy jak chleb ze słoniną. Ale Dickon jest inny nie tylko dlatego, że należy do innej klasy społecznej. Bliscy też dostrzegają jego odmienność. Z pewnością pośród tuzina dzieci zacnej Zuzanny Sowerby nie ma drugiego takiego jak on. Tylko o nim jednym spośród całego rodzeństwa opowiada swojej panience pokojówka Marta.
Jego zwyczajna, chłopska powierzchowność nie zmyli panny Mary, ona wie, że jak na anioła, to on ma zanadto zadarty nos, za szerokie usta i zanadto połatane ubranie, no i mówi gwarą. Ale gdyby w Yorkshire był anioł i mieszkał na wrzosowisku, gdyby istniał taki jorkszyrski anioł, to myślę, że i on rozumiałby mowę kwiatów, wiedziałby, jak je hodować, i umiałby przemawiać do zwierząt tak, jak czyni to Dick, a one wiedziałyby, że ten anioł jest ich przyjacielem naprawdę.(9) 
Jako ideał, a w dodatku anioł, Dickon również się nie zmienia. Jego rolą jest zmienianie innych. Oswaja Mary i Colina, ale nikomu nie udaje się oswoić Dickona.
Zastanawia mnie, że w "ciągach dalszych" "Tajemniczego Ogrodu", jakie przyszło mi czytać lub oglądać, zawsze łączy się dorosłą Mary narzeczeństwem czy małżeństwem z Colinem, podczas gdy w książce Burnett wyraźnie widać, że Mary nieodparcie pociąga Dickon. Prawda, że temat mezaliansu Mary i Dickona wymagałby literackiego opisu na miarę D.H. Lawrence'a. Ale może po prostu trudno wyobrazić sobie dorosłego Dickona o tęgim karku, popijającego piwo w pubie? Dickon nie jest z tego świata. On nie powinien dorastać, musi zostać aniołem wrzosowisk na zawsze.
Dickon był moim aniołem stróżem na jednym z najdziwniejszych etapów życia. Jeśli miałabym opisać ten czas komuś, kto nigdy nie był dziewczynką, porównałabym go do lasu, gdzie rzeczy nie mają imion, z "Alicji po drugiej stronie lustra" (...po przeciwnej stronie tej łąki znów rósł las. Panował w nim znacznie większy mrok niż w tym, z którego wyszła Alicja, więc z pewną obawą pomyślała o tym, że będzie musiała do niego wejść.(10))W tym lesie nikt nie wie, kim naprawdę jest. Alicja przechodzi przezeń otoczywszy miłośnie ramieniem gładką szyję(11) napotkanego Jelonka. Kiedy wychodzą na otwartą przestrzeń, Jelonek czmycha, a Alicja odzyskuje swoje imię.
By dowiedzieć się czegoś o sobie, trzeba przejść przez ten las. Towarzyszem wędrówki jest dzikie, nieoswojone stworzenie, które umknie, gdy wyciągniesz rękę - Jelonek, Włóczykij, Dickon...
A potem ma się już lat kilkanaście i zna się swoje imię, płeć oraz znaki szczególne. I wtedy potrzebny jest inny ideał.

konik.jpg


Cyrus Smith rodem z Massachusetts, był inżynierem, uczonym wielkiej miary; rząd Unii powierzył mu podczas wojny kierownictwo kolejami, których znaczenie strategiczne było ogromne. Z wyglądu był to typowy Amerykanin z Północy, chudy, kościsty, w wieku około czterdziestu pięciu lat, o szpakowatych, krótko ostrzyżonych włosach i siwiejącym zaroście, który golił, pozostawiając jedynie bujne wąsy. Miał piękną «numizmatyczną» głowę, jakby stworzoną do tego, by ją wybijać na medalach, oczy płomienne, usta surowe, twarz uczonego ze szkoły wojujących. Był jednym z tych inżynierów, którzy zaczynają swą pracę od młota i kilofa, podobnie jak niektórzy generałowie rozpoczynają swą karierę od zwykłego żołnierza. Dlatego też posiadał nie tylko wybitną wiedzę, ale niezwykle sprawne ręce. Jego mięśnie były bardzo wyrobione. Prawdziwy człowiek czynu, a zarazem myśliciel, łatwo przechodził do działania dzięki swej niezwykłej sile życiowej i odznaczał się wytrwałością, pokonującą wszelkie przeciwności. Wysoce wykształcony, bardzo praktyczny, «sprytny» jak to się mówi w wojsku, miał wspaniałe usposobienie; panował nad sobą w każdej okoliczności, a jednocześnie odpowiadał w najwyższym stopniu trzem warunkom, których połączenie stanowi o dzielności człowieka: posiadał sprawność umysłu i ciała, gwałtowność pragnień, siłę woli. Jego dewizą mogły być słowa wypowiedziane w XVII w. przez Wilhelma Orańskiego: «Niepotrzebna mi jest nadzieja po to, by coś przedsięwziąć i nie muszę liczyć na powodzenie, ażeby wytrwać.»(12)

 Inżynier Cyrus Smith to znów bohater Verne'a. Dowodzi grupą rozbitków, a właściwie - kolonistów, jak sami wolą siebie nazywać, wyrzuconych na brzeg tajemniczej wyspy, ochrzczonej przez nich Wyspą Lincolna. Jakkolwiek wszyscy koloniści byli «ludźmi» w najpełniejszym znaczeniu tego słowa(13), najwybitniejszy z nich, Cyrus Smith, jest kimś więcej niż człowiekiem. Mieszkańcy wyspy wierzą nieomal w jego nadprzyrodzoną moc, a inżynier nigdy nie zawodzi ich zaufania. Postać Cyrusa Smitha to hymn na cześć potęgi ludzkiego rozumu, jaki mógł powstać tylko w industrialnym XIX wieku.
Inżynier Smith nie ma wątpliwości człowieka współczesnego. Nie martwi się, że używając materiałów wybuchowych zniszczy unikalny krajobraz wyspy, nie troszczy się o zaburzony ekosystem, kiedy sieje zboże, sadzi sałatę czy rzepę. Wzorem swych przodków, amerykańskich pionierów, czyni sobie ziemię poddaną.
Koloniści zaczynają przygodę na wyspie od wykonania dwóch narzędzi: soczewki ze szkiełka od zegarka i noża z metalowej obroży psa. Tak wyposażeni lepią cegły, budują piece, wypalają naczynia, sporządzają łuki i strzały. Przy pomocy dymarek wytwarzają żelazo i stal na narzędzia, fabrykują mydło, świece i nitroglicerynę do rozsadzania skał. Robią meble, plotą koszyki z wikliny, hodują zwierzęta i ptaki. Z wełny produkują filc na ubrania, wytapiają szkło okienne, uprawiają tytoń. Po trzech latach mają już dla wygody windę hydrauliczną, wiatrak, tartak wodny, elektryczny telegraf i okręt służący do niedalekich wycieczek morskich. Zapewne gdyby nie musieli opuścić wyspy zbudowaliby i kolej żelazną, a może nawet małą elektrownię jądrową.
Nieprzypadkowo moja fascynacja Cyrusem Smithem przypadła na lata osiemdziesiąte. Znajomość z człowiekiem, który umiał zrobić mydło z tłuszczu manata i piwo z młodych pędów jodły, wydawała się wtedy szczególnie pożądana. Co prawda równie trudno było wówczas w sklepie o manata jak o cielęcinę, ale wierzyłam święcie, że inżynier Smith zrobiłby mydło nawet z octu.
Cyrus Smith daje poczucie bezpieczeństwa. Inżynier był dla nich mikrokosmosem, skarbnicą wszelkiej wiedzy ludzkiej, człowiekiem o najwyższej inteligencji. Lepiej było znaleźć się z Cyrusem na bezludnej wyspie niż bez Cyrusa w najbardziej uprzemysłowionym mieście Stanów Zjednoczonych. Przy nim nie mogło braknąć niczego. Przy nim nie można było stracić nadziei(14). Te same słowa możnaby odnieść do czarodzieja Gandalfa - on także pasie swoją trzódkę i pozwala wierzyć, że uda się przejść przez najciemniejszą nawet dolinę. Brzmi to trochę zbyt biblijnie? Nie przypadkiem. Przecież to właśnie w Gandalfa wciela się opowieść o ofierze, śmierci i zmartwychwstaniu. A nazwisko Cyrus Smith, według niektórych, jest anagramem słów "Jesus Christ". Łączą obu panów także bardziej świeckie powinowactwa, na przykład skłonność do produkcji substancji wybuchowych - by stworzyć swoje olśniewające fajerwerki, czarodziej musiał znać się na rzeczy co najmniej tak dobrze, jak inżynier.
Prawda, Gandalf nie grzeszy urodą. Ubrany był w wysoki, spiczasty niebieski kapelusz i za długi, szary płaszcz przepasany srebrną szarfą. Miał siwą brodę po pas, a krzaczaste brwi sterczały mu spod szerokich skrzydeł kapelusza.(15) Ale kogo by to obchodziło na tym poziomie idealizowania ideału? Seksowni junacy z etapu przedszkolnego dawno utracili blask. Teraz liczyło się co innego - autorytet Mistrza.
Ideał sięgnął nieziemskich sfer, skąd wyżej sięgnąć nie sposób. Może to dobrze, bo akurat wtedy skończyło się dzieciństwo i trzeba było stawić czoła prawdziwemu, nie papierowemu światu. A tu wyszło na jaw, że nie spotyka się w życiu chłopców-bohaterów, chłopców-aniołów, ani mężczyzn o umiejętnościach Cyrusa czy mocy Gandalfa. Rzadko też trafiali się tacy, co brwi mieliby tak krzaczaste, by wystawały spod kapelusza.
Daruję sobie opisy licznych bolesnych konfrontacji literatury i życia. Ważne, że wyszłam z nich zwycięsko. Mój mąż nie jest bohaterem ani aniołem, ale brwi ma naprawdę bujne. A jeśli chodzi o literaturę... Po latach ścierania ideałów z rzeczywistością, spuściłam nieco z tonu. Szukając w lekturach dzieciństwa towarzysza na obecny etap mojego życia, najchętniej zatrzymuję się przy bohaterze drugiego planu.

konik.jpg


Doktora Davida Liveseya znam od trzydziestu lat, bo tyle minęło od chwili, kiedy tata po raz pierwszy przeczytał mi "Wyspę Skarbów". Wtedy nie poznałam się na doktorze, cóż, trzeba było dorosnąć, by docenić jego urok. Ów człek dostojnie urodzony i urzędnik(16) nawet gdy przez jakiś czas staje się narratorem opowieści, bardzo skąpo udziela wiadomości na swój temat. Tyle tylko, że służył ongiś pod rozkazami księcia Cumberland i otrzymał ranę pod Fontenoy oraz, że z powodu słabości do sera w tabakierce zamiast tabaki nosi kawałek parmezanu. Pamiętam wrażenie kontrastu, jaki tworzyła postać przystojnego, eleganckiego doktora, o włosach przysypanych śnieżnobiałym pudrem, o czarnych, błyszczących oczach i miłym sposobie bycia, na tle nieokrzesanej karczemnej gawiedzi(17) opisuje go podopieczny, Jim Hawkins.
Niewiele więcej o nim wiem - że głos miał dźwięczny i łagodny, a pod peruką czarne, krótko ostrzyżone włosy. Z przypadkowych napomknień, krótkich wzmianek wyłania się postać żywa i ciekawa. Człowiek powściągliwy, nie tracący przytomności umysłu w najdziwniejszych okolicznościach. Taki, co to potrafi strzelać do piratów, a potem sumiennie opatruje ich rany gawędząc o tym i o owym jakby odbywał zwyczajną zawodową wizytę w spokojnej rodzinie angielskiej(18) Dowcipny, ekscentryczny w prawdziwie brytyjski sposób i na pewno trochę szalony, skoro bez wahania rzucił wiejską praktykę, by popłynąć po piracki skarb. Dużo bym dała, by móc posiedzieć z nim przy kominku snując niespieszną pogawędkę, przerywaną przez niego co parę słów szybkim pykaniem fajeczki. Z braku własnej, stawiam w zakład perukę doktora, że mielibyśmy o czym porozmawiać...

konik.jpg

 

Komentarze:

Zabierz głos!