web tracker

Borejkowie a sprawa polska

inicjał - O
 

d wielu lat słyszę głosy ubolewania, że nie powstała jeszcze powieść, będąca próbą opisania współczesnych polskich dziejów. Z głosów tych wynika, że owa jakże potrzebna książka powinna być w formie raczej tradycyjna, w treści zaś - realistyczna. Byłoby dobrze, gdyby udało się w niej odmalować zmieniające się realia polskiego życia i przemiany zachodzące w mentalności i świadomości Polaków. A jednocześnie, by bohaterowie, choć osadzeni w historii, nie byli sztucznymi tworami, przykładami z podręcznika, lecz żywymi ludźmi, których życiowe perypetie nie będą nam obojętne.
Podobnych wypowiedzi słucham ze zdziwieniem, bo przecież ta powieść istnieje. Co więcej, jest to cały piętnastotomowy cykl spełniający z powodzeniem powyższe warunki. Może narzekający luminarze polskiej kultury przeoczyli te książki, a może wstyd im, że współczesnym polskim Balzakiem jest autorka książek dla młodzieży, Małgorzata Musierowicz.
To właśnie ona podjęła trud opisania polskiej rzeczywistości począwszy od godziny piątej rano dziesiątego grudnia 1975 roku, a w jednej z ostatnich części tegoż cyklu odważnie skoczyła w jeszcze głębszą przeszłość, sięgając roku 1935. W piętnastu średniej objętości tomach zmieściła całą powojenną historię Polski, a na jej tle losy kilku wielopokoleniowych rodzin zamieszkujących Jeżyce, jedną z dzielnic Poznania. Na pierwszym planie od lat jest rodzina Borejków: ojciec Ignacy - filolog klasyczny i bibliotekoznawca, tajemnicza mama Mila i cztery córki wraz z powiększającym się z roku na rok przychówkiem. Borejkowie wychowali sobie kilka pokoleń wielbicieli i doczekali się oznak kultu w postaci pielgrzymek do ich rzekomego mieszkania na parterze secesyjnej kamienicy przy ulicy Roosevelta. Na własne uszy słyszałam rozmowę dwóch pań, nie będących już podlotkami, które w chwili, gdy pociąg dojeżdżał do stacji Poznań Główny rzuciły się do okna, by zobaczyć słynną kamienicę Borejków.
Nie ulega zatem wątpliwości, że Borejkowie żyją. Mało tego. Śmiem twierdzić, że swoim autorytetem oddziaływują na liczniejsze rzesze Polaków niż większość polityków. Przyszło mi zatem przewrotnie do głowy, by powołać jednoosobową komisję śledczą i przyjrzeć się bliżej tym Borejkom.

konik.jpg
Zaczęłam od lustracji. Jej wynik był pozytywny. Żadne z pięciorga Borejków, znajdujących się na tzw. liście Wildsteina nie nosiło znanego z powieści imienia.
Odetchnęłam z ulgą. Ponadto okazało się, że Borejkowie są niekłopotliwym obiektem dociekań komisji śledczej. Nie mataczą, mają dobrą pamięć, a wszystko, co tyczy się finansów i zmian stanu posiadania, jest dobrze udokumentowane.
W epoce kolejek po chleb i gazety, sklepów z sortami mundurowymi MO i kiosków Ruchu obfitujących wyłącznie w długopisy Zenith, Borejkowie żyli jak większość tubylców. W kwaterunkowym mieszkaniu pełnym przypadkowych, byle jakich mebli. W rozsypującej się kamienicy ze śladami dawnej świetności. Z dóbr materialnych posiadali przede wszystkim pokaźny księgozbiór. Ubóstwo im nie przeszkadzało, bo nie miewali wygórowanych potrzeb. Wszak, jak powiedziałby Ignacy Borejko: Non qui parum habet, sed qui plus cupit, paupere est.(1) Materialne niedostatki ignorowali z wdziękiem, a przed zgrzebnością Peerelu chronili się w świecie klasycznej literatury i wartości niewzruszonych, którymi nie mogły zachwiać braki na rynku. Nie mieli pokusy uczestnictwa w barbarzyńskich rytuałach epoki. Być może była to sprawa smaku w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia(2). Smaku, który nakazywał im, wbrew faktom, wbrew rozsądkowi, wierzyć, że to co ich otacza jest sztuczne, nietrwałe i pewnego dnia przestanie istnieć.
Kiedy ten dzień wreszcie nadszedł, zaczęto ich kusić lepiej i piękniej. I bardzo sprytnie, tak, że nie od razu zdali sobie z tego sprawę.
Na początku lat dziewięćdziesiątych jedyną poważną zmianą w ich sytuacji majątkowej było powiększenie mieszkania. Nie można zaprzeczyć, że rozrastająca się w szybkim tempie rodzina potrzebowała dodatkowych paru metrów. Po śmierci sąsiadki, pani Szczepańskiej, Borejkowie uzyskali przydział na jej pokój, należący wszak do całości lokalu na parterze(3). Kto z niezaradnych Borejków czekał w pokornych kolejkach pod drzwiami urzędniczych gabinetów, żeby ów przydział załatwić? Podejrzewam o to panią Milę, ale niewykluczone, że sam Ignacy Borejko brał udział w tym procederze, dźwięczną łacińską strofą próbując zmiękczyć serce jakiejś szczególnie bezwzględnej pani za biurkiem.
Poza tym u Borejków zostało po staremu: suszarka pamiętała czasy Beatlesów, w łazience szumiała swojska pralka "Luna", kolejne dzieci korzystały z mocno już sfatygowanych przez pokolenia wózków, łóżeczek, kaftaników i nawet czajnik pozostał ten sam - czerwony z obtłuczoną emalią. Nic dziwnego: Borejkowie nie wyczuli koniunktury, nie ruszyli pędem do wielkich korporacji i agencji reklamowych. Ich uzdolnione literacko, błyskotliwe córki nie zostały sprawnymi copywriterkami ani przebojowymi specjalistkami od marketingu. Gabrysia skończyła filologię klasyczną, Natalia - polonistykę. Ida została laryngologiem w publicznej służbie zdrowia, a Patrycja postanowiła studiować leśnictwo, gdyż te studia wybrał jej ukochany. Ich matka straciła źródło dochodów, bo upadła spółdzielnia "Świt", dla której szyła swetry, ojciec zaś pozostał w swojej bibliotece, okazując światu zewnętrznemu ten sam, co przedtem brak zainteresowania.
Tymczasem za oknem pojawił się kolorowy, komercyjny Poznań lat dziewięćdziesiątych. Do Borejków, gdzie wciąż było krucho z forsą(4) nowa rzeczywistość wkradała się powoli, niejako kuchennymi drzwiami: w postaci herbaty Lipton, gumy Stimorol, pasty do zębów Colgate Junior czy lodów Banana Joe. Jeszcze w 1996 roku Gabrysia nie mogła wysłać dzieci na wakacje, bo dwie pensje uniwersyteckie plus liczne, lecz niestety drobne honoraria za publikacje, tłumaczenia, prace redakcyjne, korepetycje, a nawet pogadanki radiowe, to było zaledwie dość na stałe miesięczne wydatki. Grześ złożył niedawno ofertę w prywatnej firmie, handlującej komputerami. Poważnie brał pod uwagę porzucenie Uniwersytetu i dalszą wędrówkę po najeżonej pułapkami drodze życia w roli tak zwanego przedstawiciela handlowego.(5) Nie dowiadujemy się jaką decyzję podjął ostatecznie Grzegorz, mąż Gabrieli, ale w następnych latach sytuacja materialna Borejków uległa zdecydowanej poprawie. Natalia, która dotychczas pracowała na pół etatu w wydawnictwie TPN-u (a choć zajęcia redakcyjne były ciekawe i zgodne z jej wykształceniem, nie zarobiłaby tam nawet na dwa tygodnie życia(6)) wyjechała na Cypr jako pilot-rezydent firmy Scan Holiday. Po powrocie zwierzyła się siostrzenicy: Wiesz, ja zarobiłam całkiem sporo pieniędzy. Może mi wystarczy na malutkie-malutkie mieszkanko.(7) W tym samym roku 1998 pojawienie się w domu Borejków zmywarki, prezentu imieninowego dla Gabrysi od męża, spowodowało gwałtowne międzypokoleniowe starcie, w którym ojciec Borejko zarzucił zięciowi uległość wobec inwazji konsumpcjonizmu(8). Jego racje były jednak wątłe, zmywarka została zaakceptowana, a Ignacy Borejko, jak się zdaje, po cichu opuścił Okopy Świętej Trójcy antykonsumpcjonizmu, bo w rok później świeżo kupiony w systemie ratalnym ford(9) Grzegorza nie wzbudził już jego oburzenia, nawet pomimo tego, że traktowany był przez właściciela jak żywa istota, i to w dodatku cechująca się wrażliwym zdrowiem oraz czułym usposobieniem.(10) Pani Mila do pracy przy korektach (i nie tylko) zaczęła używać laptopa, a bujny rozkwit wydawnictw prywatnych zapewnił jej stałe zatrudnienie i nie najgorsze dochody(11). Ida podjęła pracę w prywatnej przychodni i powiększyła mieszkanie, zaś Natalia została nauczycielką w szkole społecznej i wyszła za mąż, wyprawiając wesele w zabytkowym dworze w Koszutach. Laura, córka Gabrysi, podsumowała ten etap życia rodziny mówiąc do ciotki: ... pieniędzy mamy pod dostatkiem, przynajmniej ostatnio.(12) Borejkowie przekroczyli jakiś próg, za którym wnuki Ignacego mogą oddawać się nawet tak mało wyrafinowanym intelektualnie zajęciom jak oglądanie "Matrixa" na video.

konik.jpg

Trudno czynić Borejkom zarzuty z tego, że korzystają ze zdobyczy kapitalizmu, zwłaszcza, że robią to w sposób niezwykle powściągliwy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wymaga od nich, żeby wciąż zamiast Sprite'a pili wodę sodową z syfonów lub myli zęby Pomorinem. W końcu ich wartość nie zależy od tego, co mają i czego używają. Ich wartość polega raczej na tym, że niezależnie od tego, czego używają, zawsze pozostają sobą.
Tylko - czy to wystarczy? W poprzedniej epoce bycie sobą wcale nie wymagało wielkiego charakteru(13). Dla ludzi pokroju Borejków dumne wygnanie(14) było wręcz jedynym narzucającym się rozwiązaniem. Jedynym, pozwalającym zachować godność. Komisję śledczą niepokoi jednak, że Borejkowie i dziś żyją zamknięci w szczelnym własnym kręgu, nadal stawiając bierny opór światu, który im się nie podoba. Czy to nie oznacza, że oddają pole bez walki?
W stanie wojennym, w najczarniejszym z czarnych momentów życia swojej rodziny, Gabrysia powiedziała do profesora Dmuchawca:    I mam taką wspaniałą, taką cudowną córeczkę(...) już ja coś zrobię, wszystko zrobię, żeby jej świat był lepszy niż ten nasz.(15) Czytając ostatnie tomy jeżyckiej sagi przekonujemy się, że świat nie zmienił się na lepsze. Prymitywne nauczycielki czytające harlequiny i co chwila wtrącające "sorry", rozwydrzona, wulgarna młodzież, czekający przed szkołą dealerzy narkotyków i gangi kradnące komórki - to rzeczywistość, w jakiej dorastają córki Gabrieli. A przecież wydawało się, że wystarczy zmienić system. Sam profesor Dmuchawiec, moralny autorytet Borejków, mówił o tym tak: Szkoła jest zawsze odbiciem tego, co na zewnątrz. Bardziej ludzka będzie wtedy dopiero, gdy zmieni się sytuacja zewnętrzna.(16) Jeśli diagnoza Dmuchawca jest słuszna, sytuacja musiała się zmienić na dużo gorsze.

Deklaracje, choćby najszczersze, nie zmienią świata. Tymczasem jedyne działania, przedsięwzięte przez Borejków na zewnątrz zamkniętego kręgu jeżyckich krewnych i znajomych, zakończyły się fiaskiem. Podjęta przez Idę próba resocjalizacji koszmarnych braci Lisieckich nie powiodła się. Bracia wyrośli na postrach okolicy. Jednej pani powiesili kota. A sąsiadowi z parteru podpalili słomiankę i oblali drzwi benzyną.(17) - słyszymy o nich kilka lat później. Natomiast przyjęcie w czasie Wigilii pod swój dach dwóch małych rumuńskich Cyganek było raczej symbolicznym gestem, który pozostał bez konsekwencji. Borejkowie żyją nadal w swoim szlachetnym azylu. Żeby się tam dostać, trzeba mieć referencje. Doświadczył tego chociażby późniejszy mąż Patrycji - Florian, zwany Baltoną, kiedy ogłosił Borejkom: ...my się kochamy, Patrycja i ja.
- To straszne - jęknął ojciec i opadł na krzesło.
- Tato, to nie jest takie straszne - pospieszyła na pomoc Gabrysia. - Baltona jest siostrzeńcem pana Żaka, ze Słowackiego, wiesz?
No, już lepiej - wyraziła mina ojca.(18)
Kiedy potrzeba im pomocy lekarskiej, Borejkowie zawsze zwracają się do zaprzyjaźnionego chirurga, doktora Kowalika, niezależnie od tego, czy chodzi o stłuczenie kości ogonowej czy o poród. Opiekę duchową sprawują nad nimi od lat zaprzyjaźnieni dominikanie. I tak samo niezmiennie od lat ojciec Borejko staje rano w oknie kuchni pijąc herbatę lub kakao z odwiecznego kubka z krasnalkiem. A na zewnątrz, za oknem...
Wyrzutki społeczeństwa, psychopaci i menele,
nie powiedzą ci nic albo niezbyt wiele
bieda, brud, smród i ubóstwo
dzisiaj na ulicy jest chłodno, ciemno, pusto,
tylko niekiedy słychać brzęk tłuczonego szkła
ktoś na cały ryj się tu nagle wydziera(...)
wszyscy wegetują na kwitkach z opieki
na pijackich rentach, na sprzedaży trefnych rzeczy(19)
(- To straszne - mówi ojciec Borejko i nie wiadomo, czy ma na myśli toporną formę czy brutalną treść powyższego utworu.
- To nie takie straszne, panie Ignacy - spieszę z pomocą. - To przecież Peja, sąsiad z Jeżyc, ze Staszica.)

konik.jpg
Co w takim razie powinni zrobić Borejkowie, bezradni państwo Cogito, w świecie, do którego coraz mniej przynależą? Co począć z tym trudnym hic et nunc? To pytanie, postawione na zakończenie obrad komisji śledczej d/s rodziny Borejków musi zastąpić końcowy protokół. Komisja nie znalazła bowiem na nie odpowiedzi. Co więcej, komisja musi teraz uczynić dramatyczny zwrot i stwierdza, że Borejkowie posłużyli wyłącznie jako pretekst, by opisać jej, komisji, własne zmagania ze współczesnością.
Innymi słowy, piszę o nich, bo są tacy jak ja. Brzydzę się konsumpcyjnym stosunkiem do życia, ale czasami zdarza mi się kupić coś, co zachwalała reklama. Chciałabym zmienić świat, ale nie wiem od czego zacząć. Na moim podwórku, pod samym oknem, właśnie zakwitły różowo głogi. Zrobiło się ciemno i nie słychać już zgiełku jerzyków, tylko przekleństwa chłopców pijących piwo przed domem.
Gdy Goci zaczną wrzeszczeć: Eils! Skapia matzia ia drinkan!
O, jakże trudno wtedy układać dostojną poezję(20) - uśmiecham się na myśl o tym, że Ignacemu Borejce także pewnie przyszedłby teraz do głowy ten łaciński epigramat, cytowany przez Kubiaka w "Literaturze Greków i Rzymian".
Co możemy zrobić? Trzymajmy się jakoś, panie Ignacy, ot co.

konik.jpg
PS. Powyższe słowa pisałam w maju 2005, a w grudniu ukazała się szesnasta część cyklu, "Żaba". Borejkowie pozostali Borejkami. Wciąż żyją w zamkniętym kręgu jeżyckich znajomych, których spis, dla ułatwienia, znalazł się na początku książki. Nadal siedzą w kuchni, jedzą dużo ciasta i piją hektolitry herbaty, prowadząc przy tym istotne rozmowy. I nikt już nawet nie walczy ze zmywarką...

konik.jpg

 

Komentarze:

Zabierz głos!