web tracker

Pokój dziecinny czyli imperia wyobraźni

"- Ale czy pan naprawdę myśli - powiedział Piotr
- że mogą być jakieś inne światy, w tym miejscu, tuż koło nas - tak jak ten?
- Nie ma nic bardziej prawdopodobnego - odpowiedział Profesor zdejmując okulary.
Zabrał się do ich czyszczenia, mrucząc do siebie:
- Jestem ciekaw, czego oni ich uczą w tych szkołach."

C.S. Lewis "Lew, czarownica i stara szafa"

inicjał-K
 

 

 

iedy byłam mała, bez trudu poruszałam się między światami. Spędzałam chwilę w krainie zaludnionej przez greckich bogów, by po paru godzinach znaleźć się w obozowisku Indian, w królewskim pałacu lub wśród dzikich zwierząt. Miałam też własne terytoria, północne i surowe, o których do dziś muszę milczeć. Mieszkałam w filmach (zwłaszcza w serialu "Kosmos 1999") i w książkach. Szczególnie lubiłam solidny, zdrowy klimat brytyjskiej literatury, gdzie nosiło się grube pończochy w prążki i pijało herbatę przed kominkiem. To była rzeczywistość pachnąca i gęsta, prawdziwsza od tej, która nas wówczas otaczała. Kiedy rysowaliśmy kredą na asfalcie podwórka domy do zabawy, wszystkie wyposażone były w bawialnię, jadalnię i pokój dziecinny, choć żadnego z tych pomieszczeń nie przewidywały plany architektoniczne Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. To były pokoje przynależące do innego świata, jednak czuliśmy się tam zadomowieni tak bardzo, że pamiętam ciepło ognia płonącego w narysowanym kredą kominku i smak parzonej w nieistniejącym imbryku herbaty. We wspomnieniu granice się zacierają, kraina wykrochmalonych fartuszków, grzanek na podwieczorek, szylingów i pensów wydaje się tak samo egzotyczna jak ludowa ojczyzna farfoclowatego mleka w szkolnej stołówce, obuwia tekstylnego i zdewaluowanych złotówek, a przecież, nie da się ukryć, jest mi bliższa i milsza, jakbym spędziła tam więcej czasu. 

Może gdybym mieszkała na stałe w dziecinnym pokoju, nie wydawałby mi się taki przytulny. Rano, zanim służąca rozpaliłaby ogień, dokuczałoby mi zimno, owsianka okazałaby się niesmaczna i pełna grudek, a wełniane pończochy drapałyby łydki. Wczytując się uważnie we fragmenty ulubionych angielskich książek opisujące życie bohaterów zanim rozpoczęła się przygoda, spostrzegam teraz wyraźnie to, co w dzieciństwie nie było tak widoczne - obraz monotonnego życia w odosobnieniu, w domach, które po południu robią się bardzo senne i nudne, a zawsze pełne są zapachu baraniny.(1)
Przypuszczam, że nie każdy pokój dziecinny sprawiał tak przygnębiające wrażenie jak ten z powieści Edith Nesbit: ponury, gdyż znajdował się w suterenie, a okna wychodziły na sztuczny skalisty ogródek, w którym było dużo glazurowanej cegły, gdzie nic prawie nie rosło prócz aksamitek i nie żyło prócz małych ślimaków. W opisie domu, kiedy go wynajmowano, pokój ten figurował jako «dogodny pokój kredensowy w suterenie» i nawet za dnia był dość ciemny.(2) Ale we wnętrzach przestronnych, jasnych, nowocześnie wyposażonych życie było podobnie nudne, schludne i poddane licznym rygorom. Aby wychować dzieci na damy i dżentelmenów stosowano system kar i nagród, przy czym kary były dotkliwe, a nagrody żałośnie błahe. Za karę zwykle posyłano do łóżka, często bez kolacji, co było karą surowszą z punktu widzenia wychowawców, choć podopieczni mogli skrycie przychylać się do zdania Alicji: "Przypuśćmy, że każda kara to byłoby pójście spać bez kolacji. Cóż, nie bardzo bym się tym przejęła! Sto razy wolę obywać się bez nich, niż jeść je!"(3) Mizerny to był wybór: żuć łykowatą baraninę lub obgryzać z głodu paznokcie posmarowane gorzkim aloesem (niezawodnym środkiem wiktoriańskich guwernantek przeciwko obgryzaniu paznokci).
W nagrodę za staranne wycieranie butów przez cały tydzień można było pojechać do Londynu na górnym pomoście tramwaju, chyba, że spadł deszcz, a deszcz padał często...(4) Jedna niedziela rozświetlała trochę monotonię tygodnia. W niedzielę pozwalano wyjść z pokoju dziecinnego i jeść przy jednym stole z dorosłymi, a na śniadanie zdarzały się parówki, co jest nie lada przysmakiem po codziennym jedzeniu jajek.(5)
Dzieci, znajdujące się na samym dole domowej hierarchii, musiały sprostać wymaganiom postawionych wyżej od siebie. Rodzice oczekiwali, by nie przyniosły im wstydu, służba - by nie przysparzały żmudnej pracy. Powinny być ciche, czyste, grzeczne, okazywać szacunek wszystkim dorosłym, a przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Nic dziwnego, że tęskniły za własnym terytorium, miejscem, gdzie byłyby ważne i mogły przeżyć coś bardziej emocjonującego niż jedzenie powszedniej owsianki.

konik.jpg
Przyszłość nie przynosiła wielkich nadziei. Z pokoju dziecinnego trafiało się najwyżej do tradycyjnej szkoły z internatem, gdzie wpajano lojalność i posłuszeństwo, uczono dyscypliny, a także tego stoickiego znoszenia wszelkich przeciwności losu, które cechuje brytyjskiego dżentelmena. Zajęcia sportowe miały kształtować prócz ciała również ducha, chociaż przeznaczeniem większości tych dzieci nie było zginąć - jak generał Gordon pod Chartumem, ani wytrwać - jak Baden Powell w Mafekingu, lecz zostać urzędnikiem Służby Cywilnej i spędzić życie za biurkiem - jak ich ojcowie.
Warto przyjrzeć się ojcom. Podobni są do siebie jakby byli braćmi. Stanowią ten niegroźny, godny współczucia typ dorosłego, tak różni od okrutnych, gwałtownych kreatur w rodzaju panny Eufemii Duduś - dziecinni, z upodobaniem odpalający fajerwerki, tęskniący za swobodnym życiem na południowych morzach, a zmuszeni do zarabiania pieniędzy w biurze.
Jerzy Darling był jednym z tych przenikliwych ludzi, którzy znają się na akcjach i kapitałach. Oczywiście, nikt się na tym naprawdę nie zna, ale on sprawiał wrażenie, że się zna i często mówił, że akcje spadły, a kapitały się podniosły takim tonem, który powinien był zmusić każdą kobietę do szacunku(6). Jego młodsza kopia o tym samym imieniu, pan Banks zasiadał w wielkim fotelu przed wielkim biurkiem i jak to się mówi, robił pieniądze.(7) Chociaż pan Banks wydaje się być o wiele lepiej sytuowany od pana Darlinga (może pozwolić sobie nawet na opiekunkę do dziecka, która nie jest nowofunlandem), pozostaje małostkowy i skąpy. Na pojawienie się w domu nowego dziecka obaj ojcowie reagują skrupulatnym przeliczaniem funtów, szylingów i pensów, wahając się, czy stać ich na rozrzutność posiadania tak dużej rodziny. Obydwaj też zajmują się gorliwie podtrzymywaniem własnego wizerunku godnego szacunku dżentelmena, a im bardziej obawiają się śmieszności, tym bardziej stają się śmieszni. Honor pozwala panu Darling oszukać swoich bliskich, kiedy wlewa niesmaczne lekarstwo do psiej miski zamiast wypić je samemu, ale nakazuje mu, po ucieczce dzieci, zamieszkać w psiej budzie, by ukarać się za to, że dopuścił do ich odlotu. Tkwi w budzie z uporem godnym lepszej sprawy. Czuję, że kryje się za tym coś jeszcze. Czyżby pan Darling wlazł do budy, by zwalczyć pokusę podążenia w ślad za dziećmi do Nibylandii albo gdziekolwiek, byle dalej od biura, domu, codzienności? Czy marzy skrycie o walkach z czerwonoskórymi i łapaniu syren za ogony? Dowód na to, że takie podejrzenia mogą być słuszne, stanowi teatralna tradycja, zgodnie z którą Kapitana Haka gra zawsze aktor odtwarzający rolę ojca Wendy.
Pan Banks także marzy o wolności. Kiedy pod nieobecność Mary Poppins chaos w domu przy ulicy Czereśniowej staje się nie do zniesienia, on mówi: Wychodzę i nie wiem, czy kiedy wrócę. Prawdopodobnie pojadę w daleką podróż morską.(8) Innym razem wzdycha: Kiedy pomyślę, ile rzeczy mógłbym w życiu zrobić, gdybym się nie ożenił. Może bym zamieszkał w jaskini albo odbyłbym podróż dookoła świata.(9)
Podszyci dzieckiem dorośli, zbyt wcześnie wtłoczeni w dorosłe ubrania, sprawiają wrażenie, jakby uwierały ich krawaty. Nie ujawniają swoich dziecięcych tęsknot, zaspokajają je ukradkiem i wstydliwie. Ojciec Antei, Cyryla, Roberta i Janki konfiskuje im fajerwerki przygotowane na piątego listopada i odpala w ogródku za domem, tłumacząc, że nie ma innego sposobu, żeby się ich pozbyć(10). Nieszczęsny Patryk Antrykot zaszywa się w parku czytając książki Kiplinga i marzy o balonikach(11). Gdyby w dzieciństwie każdy z nich trafił do Nibylandii, nie miotaliby się tak w dorosłym życiu. W Nibylandiach się dorasta, a oni nigdy nie dorośli. Zresztą, może mieli swoje krainy czarów, tylko przebywali tam zbyt krótko albo w niewłaściwym czasie. Potem wspomnienia się zatarły. Po pewnym czasie nie mogli nawet pofrunąć za swoimi czapkami, gdy zdmuchnął je wiatr.(12) I tak się spotykają: ojcowie, którzy pozostali zagubionymi chłopcami i zagubieni chłopcy, którzy stali się ojcami. Co dnia możecie spotkać Bliźniaków, Stalówkę albo Kędziorka, gdy idą do swych biur, a każdy z nich niesie teczkę i parasol.(13)
Na myśl o takiej przyszłości Piotruś Pan wkrótce po urodzeniu wymknął się przez okno z domu swoich rodziców, by nigdy do niego nie wrócić. Tym, którzy nie zdążyli tego zrobić, pozostawało mieć nadzieję. I kiedy życie przedstawiało się szaro, nudno, smutnie, pachniało ulatniającym się gazem, spoconymi ludźmi i okruchami zjełczałych ciastek(14), wierzyć, że istnieją inne światy, do których można się przedostać zmyliwszy straże. Wystarczy znaleźć magiczny przedmiot: przetarty dywan, starą szafę, gałkę od łóżka... W chwili rozpaczy można doszukać się czarodziejskiej mocy nawet w oschłej, wiecznie naburmuszonej niani.

konik.jpg
Dla niektórych dzieci, jak dla podopiecznych Mary Poppins, wejście w magiczną przestrzeń trwa tyle, co spacer do parku. Czar pryska o zachodzie słońca, niczym moc spełniającego życzenia Piaskoludka. Potem można odpocząć w bezpiecznym własnym łóżku, a rano, wdychając zapach wykrochmalonego fartucha niani, wypić kubek kakao. Ale często nie jest łatwo wydostać się z innego świata, a pobyt tam nie przypomina pikniku. To podróż w nieznane, mroczne regiony, bo magiczne krainy szyte są na miarę z tajemnych ścinków wyobraźni, nie wyjawianych dorosłym pragnień, z lęków, do których wstyd się przyznać, zasłyszanych ukradkiem strzępów rozmów, fragmentów książek, snów, z tego, czego uczą w szkole, i z tej ciemnej, prastarej materii nie dającej się opisać słowami.
Tak jak do podziemnego domu zaginionych chłopców można było wejść przez otwór w drzewie idealnie dopasowany kształtem do sylwetki wchodzącego, tak na każdej krainie marzeń odciśnięty jest kształt tego, kto o niej marzy.

Kraina Czarów i Kraina Po Drugiej Stronie Lustra różnią się sylwetką od pozostałych, bo Alicja jest lepiej wychowana i rozsądniejsza od reszty naszych bohaterów, ale ich inność nie tylko na tym polega. Obie są nietrwałe i ulotne. Nie możnaby wrócić tam i zastać ich takimi, jakimi były, kiedy odwiedzaliśmy je za pierwszym razem. Nibylandia czy Narnia trwają gdzieś obok naszej rzeczywistości w oczekiwaniu na kolejnych odkrywców, lecz Kraina Czarów przestaje istnieć wraz z końcem snu. By ponownie przeżyć niezwykłe przygody, Alicja musi trafić do innej krainy, a i ta zniknie, gdy partia szachów dobiegnie końca.
Krainy Alicji nie pociągają nas jako miejsca, gdzie chcielibyśmy żyć. Nie mają przyjaznego klimatu, lasów pełnych dzikiej zwierzyny i jagód, łagodnego morskiego wybrzeża, gdzie mogłyby cumować statki. Zbudowane są z powszednich sytuacji i rekwizytów, jednak to, co na pierwszy rzut oka wydaje się Alicji znajome: podwieczorek lub gra w krykieta albo jazda pociągiem, po chwili okazuje się zupełnie czymś innym. Alicja wkracza w ten świat uzbrojona w wychowanie i wiedzę wyniesioną ze szkoły, usiłuje posługiwać się znanym sobie językiem dobrych manier, tabliczki mnożenia, geografii. Wkłada wiele wysiłku w próby odczytywania otaczającego ją świata przy pomocy wiktoriańskiego słownika. Grzecznie konwersuje, dyga, jest uprzejma nawet dla puddingu, poddaje się strofowaniu ze strony istot, chcących ją wychowywać, jak Królowa Kier czy Czerwona Królowa, której ciągłe gderanie przypomina nam potworną guwernantkę Eufemię Duduś (Wyprostuj się, mów grzecznie, nie młynkuj palcami. Dygaj, kiedy zastanawiasz się, co powiedzieć. To pozwala zyskać na czasie... Mówiąc, otwórz usta nieco szerzej...mów po francusku, jeżeli nie możesz wymyślić angielskiego słowa na określenie jakiejś rzeczy... idąc stawiaj palce na zewnątrz...(15)). Z tym od biedy można sobie poradzić.To, czego najbardziej się obawia, to brak w tej grze porządku i reguł. W ogrodzie żyjących kwiatów Alicja pyta: "Czy czasem nie trwoży was to, że rośniecie tu, a nie ma nikogo, kto by się o was troszczył?(16)" W czasie, kiedy mała dziewczynka zadawała to pytanie Tygrysiej Lilii, Stokrotce i Róży, mały chłopiec Rudyard Kipling nie myślał jeszcze o napisaniu tych słów:
Nasza Anglia to ogród, gdzie wspaniałości bez liku:
Ścieżek, klombów i rabat, dróżek, alejek, trawników
Posągów na tarasach, wyniosłych i dumnych pawi;
Lecz wspaniałość ogrodu nie w tym, co oczom się jawi.
Za wąskim ceglanym murem, pod gęstym żywopłotem
Narzędzia w szopie, doniczki skrywają rzeczy istotę.
Inspekty i rozsady, sterty nawozu, zbiorniki,
Taczki, walce i węże, beczki, deszczułki, paliki ...(17)
Lecz istniał już ów specyficzny, imperialny duch, z którego zrodziła się ta poezja i to on nakazał Alicji podejrzliwość wobec miejsca, gdzie cudowne i absurdalne zdarzenia krzewią się, rozrastają, pną jak dzikie zielsko nie pielęgnowane ręką żadnego ogrodnika. W tym gąszczu trudno odnaleźć drogę - zasady są niejasne, każdy rozpoczyna i kończy grę, kiedy przychodzi mu na to ochota, a najprostsza partia krykieta okazuje się koszmarem, gdy trzeba ją rozegrać przy pomocy żywych flamingów i jeży. Oczekując chwili, gdy zostanie królową, Alicja spodziewa się, że pozwoli jej to zapanować nad istotami i rzeczami, które wymknęły się spod kontroli. Okazuje się, że koronacja tylko potęguje chaos, wreszcie, nim rozpocznie na dobre swe panowanie, budzi się ze snu.
Może to dobrze, bo nie ma czego zazdrościć innym małym władcom, namiestnikom, wicekrólom i gubernatorom czarodziejskich krain. Wszyscy oni z poświęceniem dźwigają brzemię białego człowieka(18), stając się ucieleśnieniem brytyjskiego etosu imperialnego, o którym Norman Davies pisał: Brytyjczycy przyjmowali stanowisko paternalistyczne i hierarchiczne, oparte na podziale na rasy wyższe i niższe, a wobec tego zakładające, że uprzywilejowani mają obowiązek prowadzić tych, którzy mieli mniej szczęścia.(19)
Angielskie książki dla dzieci na wskroś przesycone są imperialnym etosem. Duch imperium przenika nawet prosty, pogodny świat Kubusia Puchatka, bo kimże jest Krzyś, jeśli nie gubernatorem Stumilowego Lasu? To przecież on roztropnie i delikatnie kieruje działaniami swoich niemądrych poddanych, pochyla się nad nimi z troską, kiedy czegoś potrzebują, dba, by pomimo różnych temperamentów i obyczajów stanowili zgodną społeczność. Nie traci zimnej krwi, w razie potrzeby umie zrobić użytek z fuzji, a poczucie obowiązku nakazuje mu masować zziębnięty ogon Kłapouchego, ratować Prosiaczka od powodzi i czuwać przy uwięzionym w króliczej norze Puchatku. Nigdy nie narzeka, bo wszystko to wchodzi w zakres obowiązków władcy.(20)

konik.jpg
Temat władzy i odpowiedzialności powraca pod różnymi postaciami w kolejnych powieściach narnijskiego cyklu C.S. Lewisa (choć wydane po drugiej wojnie światowej, mają one wszystkie cechy przedwojennej rasy książek dla dzieci, które, używając końskiego porównania, można by nazwać: książkami pełnej krwi angielskiej). Kiedy rodzeństwo Pevensie zasiada na czterech tronach w zamku Ker-Paravel, czworo zwykłych angielskich dzieci przeistacza się w królów i królowe. Przychodzi im to z łatwością, nie tylko dzięki magii. Wychowanie, jakie odebrali, wymaga, by Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja zaangażowali się w sprawy nowej ojczyzny, walczyli o nią i w boju odnosili rany. To, że urodzili się gdzie indziej, nie przeszkadza im stać się legendarnymi władcami (wszak królowa Wiktoria też była cudzoziemką). W trudnych chwilach, gdy mimo wszystko spod przyłbicy wygląda nie królewskie oblicze, a wystraszona twarz dziecka, z pomocą przychodzi lew Aslan. To on uczy, że istotą panowania jest służba słabszym od siebie, pokazuje, jak można łączyć pokorę z majestatem, a wreszcie uświadamia, że są sprawy godne tego, by oddać za nie życie.
Aslan - Mędrzec, Kapłan, Pogromca i Ojciec - to władca idealny. W Kronikach Narnii trafiają się też inne, mniej doskonałe modele. Jednym z moich ulubionych jest czarodziej Koriakin, pan krnąbrnego ludu Patałachów(21). Jego poddani nie mogą zrozumieć, że pracują po to, by mieć co jeść, a nie dla zaspokojenia kaprysu swego pana. Są leniwi i głupi. Myją talerze przed obiadem, by oszczędzić sobie pracy po obiedzie i sadzą gotowane kartofle, by nie musieć ich gotować po wykopaniu. Koriakin wprawdzie potrafi okrutnie zażartować, za karę zamieniając ich w jednonogie stwory, ale na ogół odnosi się do nich z ojcowską wyrozumiałością, w zgodzie z zaleceniami piewcy imperialnej mentalności, Kiplinga:
Niechaj tym ludom spłoszonym i dzikim
Służą, swym jarzmem do ziemi przygięci.
Tym, co pojmani dopiero, niechętni,
Co na wpół diabłem są, na wpół dziecięciem.(22)

konik.jpg
Ciekawe, że może najpełniej imperialny brytyjski etos wciela chłopiec, który nigdy nie chodził do szkoły i nie wpajano mu od kołyski żadnych ideałów. Piotruś Pan nie jest koronowanym władcą Nibylandii, ale tytuł Wielki Biały Ojciec nadany mu przez czerwonoskórych po tym, jak uwolnił Tygrysią Lilię z rąk piratów, wyraźnie nawiązuje do popularnego określenia królowej Wiktorii jako Wielkiej Białej Matki wszystkich narodów imperium.(23)
Pełne przygód życie w Nibylandii na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina życia w angielskiej szkole z internatem, chociaż podlega takim samym bezwzględnym regułom. Oderwani od własnych rodzin zagubieni chłopcy tworzą zamkniętą, hierarchicznie zorganizowaną grupę. Pod komendą Piotrusia uczą się dyscypliny, ich zabawy oparte są na sportowej rywalizacji i zasadach fair-play, a hartu ducha nabierają w walce. Gdyby tylko Piotruś był tak doświadczony jak którykolwiek dyrektor dobrej męskiej szkoły... Założę się, że każdy z tych panów pokiwałby głową z politowaniem słysząc, że zaprasza do Nibylandii Wendy. Jej przybycie pozwoliło co prawda chłopcom nauczyć się należnego kobietom szacunku i, trzeba przyznać, sama Wendy usilnie starała się nie zachwiać patriarchalnym ładem, cóż z tego jednak, kiedy bliskość dziewczynki-matki spowodowała rozkład męskiej wspólnoty. Zanim jednak koedukacja zniszczy drużynę Piotrusia Pana, poznamy jeszcze jedno uczucie z zestawu wpajanego uczniom public schools - lojalność wobec korony. Gdy kapitan Hak, skądinąd absolwent Eton, proponuje zagubionym chłopcom, stojącym w obliczu śmierci, przejście na stronę piratów, kilku się waha, dopóki nie pojawi się kwestia lojalności:
-A czy pozostaniemy nadal wiernymi poddanymi króla? - zapytał Michał.
- Będziecie musieli przysiąc: "Precz z królem!" - wycedził Hak przez zęby.
Być może do tej pory Janek nie zachowywał się zbyt pięknie. Ale teraz zabłysnął.
- Więc odmawiam! - krzyknął i tupnął, aż zadzwoniła kula u jego kajdan.
- I ja odmawiam! - zawołal Michał.
- Niech żyje Anglia! - pisnął Kędziorek.(24)
Nic dziwnego, że Wendy jest dumna ze swoich dzieci i przed egzekucją wygłasza do nich mowę: Czuję, że mam dla was wiadomość od waszych prawdziwych matek. A brzmi ona tak: "Wierzymy, że nasi synowie potrafią umrzeć jak przystało angielskim gentlemanom."(25)
Jeszcze nie tym razem, chłopcy. Prawda, że w XX wieku coraz więcej będzie po temu okazji. Wielu polegnie w okopach I wojny, wśród nich wychowanek autora "Piotrusia Pana", George Llewellyn-Davies. W następnej wojnie będą ginąć rówieśnicy Krzysia, między innymi, na Bliskim Wschodzie i we Włoszech, jego najbliżsi towarzysze broni z Królewskiego Korpusu Saperów. Wreszcie nadarzy się sposobność, by wcielić w życie wpajane przez dziesiątki lat ideały. A mimo to imperium wkrótce zgaśnie, rozpadnie się bez trzasku i z niewielkim tylko skomleniem.

konik.jpg
Ale dzieci ciągle chcą czytać o czarodziejskich krainach, więc brytyjska tradycja literatury nie ma prawa się zestarzeć. Może zrzucić imperialny mundur, i tak łatwo ją rozpoznać. A to było tak... Wewnątrz naszego zwykłego świata istnieje świat magiczny. Wejść tam mogą tylko powołani. Samotne dziecko znajdzie tam grupę ludzi, którzy zastąpią mu rodzinę. Rządy sprawuje dobry, potężny mistrz o bujnej grzywie, i to właśnie on, gdy zło zagrozi magicznemu światu, odda, jak Aslan, swoje życie w imię dobra. Mamy tu okrutnych, tępych dorosłych i, jakżeby inaczej, marzycielskiego tatę - urzędnika, co jeszcze nie dorósł. Jest też typowa boarding school czyli przyjaźń, sport, fair-play, głupie żarty, nauczyciele i egzaminy. A prócz tego obowiązkowe poczucie obowiązku, konieczność poświęcenia się dla wspólnego dobra oraz istoty, które nie chcą dać się wyzwolić, więc trzeba nimi rządzić.
Tak, to Harry Potter i jego Kraina Czarów - Hogwart. Potężny i dobry profesor Dumbledore, paskudni mugole Dursleyowie, ekscentryczny, niezaradny Artur Weasley, quidditch, wreszcie dobrowolni niewolnicy - domowe skrzaty. Autorka książek o młodym czarodzieju przeczytała w dzieciństwie wszystko, co trzeba. Sama przyznaje się do trwającej po dziś dzień fascynacji Narnią i rzeczywiście, w jej książkach wyczuwa się podobne moralne napięcie, to samo rozdarcie między dobrą a złą stroną ludzkiej natury. U Lewisa jednak ciemności rozświetla wiara, za którą trzeba podążyć dalej wzwyż i dalej w głąb(26), do punktu, w którym śmierć głównych bohaterów wyda nam się najszczęśliwszym z możliwych zakończeń. Rowling starannie unika jakichkolwiek religijnych odniesień i w rezultacie jej wizja świata jest dużo bardziej ponura. Harry Potter raczej nie obudzi się nagle w ciepłym łóżku myśląc: "Uf, to był tylko sen". Nie zaszeleści mu wykrochmalonym fartuchem poczciwa niania. Tyle samo niebezpieczeństw grozi mu wśród mugoli, co w Hogwarcie, bo granica między światami jest płynna. Nasz świat, prawdziwy świat, przestał być tak bezpieczny i zwyczajny, jak ten z wiktoriańskich i edwardiańskich książek. Nie koi nas wiara, której wyznaniem stały się kroniki Narnii. Czasem, tak jak Harry'ego, budzi nas w nocy strach: czy ten zły, co sycząc pełznie przez ciemne korytarze, to ja?
Nie ma już chyba powrotu do dziecinnego pokoju, ani na jawie ani w wyobraźni. A tu właśnie z każdym dniem coraz silniejsze staje się pragnienie, by obudzić się i usłyszeć: To był rzeczywiście zdumiewający sen, moja miła, ale teraz biegnij, bo już herbatka czeka; robi się późno.(27)

konik.jpg

Komentarze:

Zabierz głos!