web tracker

Prezbiteriański pemikan z jamraja

inicjał - K
 

 

 

iedy byłam mała, wierzyłam, że ludzie dzielą się na prezbiterian i metodystów. Wiedzę tę zaczerpnęłam z książek o Ani z Zielonego Wzgórza.

Sama Ania należała do kościoła prezbiteriańskiego, a metodyści stanowili większość postaci negatywnych. Cóż mi pozostawało? 

Bycie prezbiterianką wydawało  się tak oczywiste, jak  to, że jest się muszkieterem, a nie gwardzistą kardynała. Uważałam to  po prostu za swój moralny obowiązek. Udział w prozaicznie ortodoksyjnych katolickich lekcjach religii wcale mi nie przeszkadzał, tym bardziej, że  na placu Zbawiciela obok kościoła, do którego chodziłam na katechezy, znajdowała się kaplica metodystów, a to utwierdzało mnie w moich fantazjach. Żałowałam tylko, że nie znam osobiście żadnego pastora.

 Nie miałam  wtedy pojęcia, kim są prezbiterianie i czym różnią się od metodystów. Jakie to miało znaczenie? Książka otwierała przede mną  jakąś rzeczywistość, a ja gotowa byłam ją przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza.

 Wiele książek posiada podobny dar przekonywania, że ich realia są jedynie możliwe i  najbardziej oczywiste. Nie mają takiej mocy baśnie czy opowieści fantastyczne. Tylko dobrze opisany, prawdziwy świat może skłonić czytelnika, by uwierzył w to, że sam w nim żyje. 

Czytające dziecko jest jak worek, do którego wpadają nazwy zwierząt, miejscowości, egzotyczne obyczaje, potrawy. Wszystko to miesza się, tworząc  jedyną w swoim rodzaju Nibylandię. Oczywiście Nibylandie różnią się bardzo od siebie. Ta Janka, na przykład, miała lagunę, nad którą przelatywały  flamingi, a Janek strzelał do nich. Michał, który był bardzo malutki, miał flaminga, nad którym przelatywały laguny. Janek mieszkał na plaży w łodzi przewróconej dnem do góry, Michał -  w  wigwamie, a Wendy - w  domu zrobionym ze zręcznie pozszywanych liści. Janek nie miał żadnych przyjaciół, Michał miał nocnych towarzyszy, a Wendy miała ulubionego wilczka, którego porzucili rodzice. (1)

Na moim podwórku było zaciszne miejsce za bukszpanowym żywopłotem, nazywane przeze mnie wirydarzem ("Paziowie Króla Zygmunta"). Tam przynosiłam zdobycz - jamraje i diugonie prosto z książki Kath Walker "Senne widziadła". Wspomnienia Aborygenki z dzieciństwa spędzonego na wyspie  u wybrzeży Australii  silnie inspirowały moją dietę. Kiedy nie było jamraja, gotowałam sago lub tapiokę, i marzyłam, by w wielkie święto, takie jak urodziny Królowej(2) dostać w przydziale pudding śliwkowy. Niestety, urodziny Królowej nie trafiały się często w czasach mojego dzieciństwa, zresztą i teraz w Polsce są rzadkością, więc musiałam obejść się smakiem.   

Jadałam też pemikan, popijając piwem imbirowym ( "Jaskółki i Amazonki" Arthura Ransome'a) W tym samym czasie na innym podwórku mój obecny mąż ugniatał maniok w tykwach ( seria "Tomków" Alfreda Szklarskiego). Menu Nibylandii z bliska okazuje się spisem treści przeczytanych książek.  

W wolnych chwilach nurkowałam w delcie Nigru pomiędzy krzewami mangrowców ("Kwora, córka delfinów"). Krup zawsze leczyłam ipekakuaną (znowu Ania), a febrę chininą (Sienkiewicz i Verne). Mój portfel wyglądał jak skrzynia pirata :były tam i dublony, i luidory, gwinee, talary i nie wiem już jakie inne monety, wszystko zmieszane pospołu.(3)  A jeszcze soldy i cekiny ("Pinokio"), korony( Astrid Lindgren), oraz funty szterlingi, szylingi i pensy(literatura brytyjska). Klęłam siarczyście jak muszkieter "U pioruna!", "Do kroćset diabłów! Niech to zaraza!". Wieczorami czułam się trochę nieswojo, gdy lwy zaczynały krążyć wokół zeriby...

 Z czasem dowiedziałam się więcej o  historii szkockich purytanów i o tym jakimi drogami dotarli do Kanady, poznałam nawet paru pastorów. Zaczęłam się zdrowo odżywiać. Być może dzięki temu nie zapadam już tak często na  krup i na febrę. 

I wszystko było w porządku aż do dnia, w którym przypadkiem usłyszałam monolog mojego syna, bawiącego się samochodzikami:   

- Czy to daleko? -zapytał kierownik działu.

 - Bardzo daleko - powiedział drugi kierownik działu. -Trzeba jechać przez Mariannelund, przez Portugalię, aż do Pacanowa.

 Spojrzałam na niego, przerażona. Więc to już? Już zaczęły się mieszać, kłębić, macerować: "Ferdynand Wspaniały", "Emil z Lonnebergi" i "Koziołek Matołek"?

Czy to możliwe, że w tej małej główce już teraz warzy się, bulgoce, przelewa, fermentuje  -  prezbiteriański pemikan z jamraja?

Msuri, msuri, bwana kubwa jeść zaraz. (4)  

 konik.jpg

  

Komentarze:

Zabierz głos!