web tracker

Kiedy byłam mała...

" Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce."

1 Kor 13,11

inicjał-K
 

 

iedy byłam mała, chciałam czytać książki dla dorosłych.
Wiodła do tego długa droga. Otwierało ją zaklęcie wypisane obok programatora automatycznej pralki firmy Gorenje:

PREDPRANJE
BELO PERILO
BARVASTO PERILO
VKLOP
IZKLOP

Od chwili, kiedy po raz pierwszy udało mi się złożyć litery w dźwięki i przeczytać te magiczne słowa, zaczęłam czytać wszystko, co wpadło mi w ręce. W domu było mnóstwo książek dla dzieci. Rodzice kupowali je ze względu na ilustracje, przynosili z wydawnictw, dla których pracowali, sporo zachowało się z dziecięcych zbiorów mojej mamy, a tata wyszukiwał w antykwariatach pachnące stęchlizną, pożółkłe książki swojego dzieciństwa. Czytałam więc wiersze Brzechwy i Tuwima, małe książeczki z serii "Z wiewiórką" i "Poczytaj mi mamo", Curwooda, Stephensona, "Chatę wuja Toma", "Dzieci kapitana Granta", "Królewnę Śnieżkę", baśnie Andersena i "Pluton Wacka Hutnika"(nagrodę za dobre sprawowanie w roku szkolnym 1948/49), wszystkie nowości harcerskiego wydawnictwa "Horyzonty", "W pustyni i w puszczy", socrealistyczną opowieść o koreańskich sierotach "Dom odzyskanego dzieciństwa" i "Nasz plac" wydany nakładem M. Arcta w Warszawie w 1931 roku. Moja kolekcja literatury dziecięcej i młodzieżowej powiększała się na różne sposoby. Kiedyś na strychu domu mojego stryja natknęłam się na komplet książek o Doktorze Dolittle i do dziś pamiętam niecierpliwą radość, jaką czułam, wynosząc stamtąd tryumfalnie to cenne, zakurzone znalezisko. Chyba właśnie w tym samym roku, kiedy jednym tchem przeczytałam wszystkie dwanaście tomów, obniżono mi na świadectwie ocenę ze sprawowania za to, że zbyt rzadko korzystałam ze szkolnej biblioteki. Z trudem pogodziłam się z utratą odznaki "Wzorowy uczeń", cóż, kiedy z biblioteki korzystać się nie dało. Jeżeli nawet były tam jakieś książki, których jeszcze nie czytałam, niełatwo było się do nich dobrać, bo czujne panie bibliotekarki, widząc ośmiolatkę kręcącą się w pobliżu regałów z lekturami przeznaczonymi dla starszych dzieci, natychmiast proponowały, żebym przeczytała "Czerwonego Kapturka".

A ja chciałam czytać książki dla dorosłych.
Nie wiedziałam wprawdzie, czego się po nich spodziewać. Wyobrażałam sobie, że są ciekawsze, że objawiają jakąś prawdę, która w książkach dla dzieci jest rozmyta, niepełna, częściowa. Tak, jak u Świętego Pawła: Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno: wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. (1)

konik.jpg
Ale kiedy stanęłam twarzą w twarz z książkami dla dorosłych, przyszło rozczarowanie. Tylko nieliczne z nich wprawiały w takie uniesienie, jak te przeczytane w dzieciństwie. Zaledwie kilka sprawiło, że znalazłam się w szczególnym stanie, kiedy rzeczywistość staje się przezroczysta i widać przez nią wyraźnie jak na dłoni soczysty i barwny inny świat, bez wątpienia bardziej prawdziwy. A kiedy zbliża się ostatnie zdanie, oko i myśl zwalniają, żeby odwlec jeszcze tę chwilę, chociaż jej nadejścia nie da się powstrzymać: trzeba przewrócić kartkę, zatrzasnąć okładkę, a książka wybrzmiewa jeszcze długo nostalgicznym echem. Wtedy zaczyna się jakaś podskórna, niejawna praca, wrastanie czy przenikanie. Wreszcie pewnego dnia spotykasz w autobusie kogoś, o kim myślisz, że wygląda zupełnie jak jej bohater, kojarzą ci się z nią zapachy i smaki, i łapiesz się na tym, obracając swoje najskrytsze myśli, że brzmią całkiem jak zdania z tej właśnie książki. To znaczy, że się przyjęła, że dostała się w całości do obiegu krwi, limfy albo raczej pneumy.
To wszystko zdarzało mi się, kiedy czytałam niektóre książki dla dorosłych, ale nie były to uczucia nowe, raczej mgliste odbicia emocji z dzieciństwa. Czasem tylko przychodziło olśnienie. W końcu zrozumiałam, że wszystkie ulubione książki coś łączy, może sposób, w jaki autor powołuje do życia cały świat, zupełnie nowy, a skończony i prawdziwy. W tym świecie umieszcza bohatera, swoje najdoskonalsze stworzenie, i daje mu wolną wolę. Pozwala mu doświadczać zła, cierpienia, smutku, ale nigdy w niego nie wątpi i go nie opuszcza...
Zaraz, zaraz, ja to chyba też już gdzieś czytałam.

konik.jpg
Nie ma książek dla dzieci. Nie ma książek dla dorosłych. W bibliotece literatury prawdziwej, zrozumiałej bez względu na wiek, stoją obok siebie: "Baśnie" Andersena i "Czarodziejska góra". Są tu razem Kubuś Puchatek i pan Pickwick, Rostowowie i Borejkowie, Piotruś Pan i bohater "W poszukiwaniu straconego czasu". Mech porasta zmurszałe mury Sanatorium pod Klepsydrą i Akademii Pana Kleksa.

Teraz wracam do książek z dzieciństwa. Pod pretekstem gromadzenia biblioteki dla mojego synka, czytam je od nowa, inaczej. Dostrzegam szczegóły, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Zajmują mnie sprawy dla dziecka nieistotne. Zadaję głupie pytania, jednocześnie tęskniąc do czasów, kiedy nie interesowało mnie, ile zarabiał Gilbert Blythe jako prowincjonalny lekarz w Kanadzie na przełomie XIX i XX wieku, że mógł pozwolić sobie na utrzymanie żony, szóstki dzieci, służącej i dużego domu. Albo: dlaczego w powieściach Małgorzaty Musierowicz przytłaczająca większość pozytywnych postaci męskich nosi wąsy?
Nigdy już nie przeczytam tych książek tak samo, jak wtedy, kiedy byłam mała. Wcale tego nie chcę. Musiałabym zjeść specjalne ciasteczko lub wypić napój z buteleczki, żeby przecisnąć się przez drzwi do tamtego ogrodu. Albo znowu, tak jak kiedyś, wypowiedzieć magiczne zaklęcie:

PREDPRANJE
BELO PERILO
BARVASTO PERILO
VKLOP
IZKLOP

 

konik.jpg

 
 

Komentarze:

Zabierz głos!