web tracker

Joanna Olech

Głupi Jaś czy mądry Hans?



inicjał-W

 

ił wianki, przemawiał do drzew, szył ubranka kukiełkom i wycinał z papieru tajemnicze wycinanki, na których powtarza się motyw "złodzieja serc", szubienicy z wisielcami wyrastającej z serca i mężczyzny o dwóch sercach, który ma w piersi otwarte wrota.

Trzynaste, powojenne wydanie baśni andersenowskich (rok 1979) poprzedzono wstępem zatytułowanym "Dzieje życia Jana Christiana Andersena". Autorka wstępu w tonie nieznośnie czułostkowym kreśli portret pisarza, nafaszerowany obrazami ciemnych klitek na poddaszu, nędzy i upokorzeń, tudzież łez szczęścia, hartu ducha i miłości do sztuki. Biedny Andersen, obficie obtoczony w cukrze, okazuje się być sentymentalnym, histerycznym beksą, toteż dojechawszy do 27-ej strony tej minibiografii szczerze nie cierpimy Duńczyka. Wstęp opatrzono rysunkowym portretem pisarza - widać na nim przystojnego młodzieńca w surducie, którego równie dobrze można by wziąć za Mickiewicza, albo Chopina. Gdyby nie wynalazek dagerotypu - nigdy byśmy nie pojęli sensu "Brzydkiego Kaczątka".  Andersena portretowano schlebiając bezwstydnie jego próżności - na obrazie autorstwa Ch.A.Jensena pisarz wygląda jak natchniony cherubin. "Jestem szczęśliwy będąc tak sportretowanym dla potomności" - napisał w liście do przyjaciół. Noo, ja myślę!... W rzeczywistości był kościstym brzydalem i był tego doskonale świadom. Co nie przeszkadzało mu folgować swojemu ego - na bilecie wizytowym figurowały cztery dagerotypowe wizerunki pisarza - z przodu, z tyłu i dwa profile. W całej okazałości widać "nos wielki jak armata, a oczy maleńkie jak zielony groszek" - jak sam o sobie mawiał. Podpis odręczny natomiast był tak pretensjonalny i frymuśny, że wyglądał jak japońska kaligrafia.

konik.jpg

Andersen "kandyzowany" stał się duńskim przysmakiem narodowym, kto żyw uwzniośla i retuszuje biografię pisarza. Tylko Brytyjczycy obchodzą się z nieboszczykiem bez kurtuazji, wyciągając na światło dzienne epizody komiczne i wstydliwe. Kontynuują tym samym impertynenckie dzieło Charlesa Dickensa, który zaprosił i gościł Andersena, a po odjeździe bajkopisarza w pokoju gościnnym umieścił kartkę: "Hans Christian Andersen mieszkał w tym pokoju przez pięć tygodni, które rodzinie wydały się WIEKIEM". Bezlitośni biografowie odnotowali, że Dickens nazywał tyczkowatego pisarza "the bony bore" i puszczał o nim w obieg szydercze anegdoty. Ale też mało kto dostarczył publiczności tyle pretekstów do anegdot co sam Andersen. Był figurą tragikomiczną - niemal całe życie na łasce możnych protektorów - wzbudzał w nich politowanie i irytację. Afektowany, chełpliwy, próżny jak dziecko, hipochondryczny, naiwny, a przy tym opętany pół tuzinem manii parweniusz - musiał stanowić nie lada wyzwanie dla powściągliwej, wielkopańskiej sfery. Z lektury listów, dziennika pisarza, biografii, wreszcie kilku autobiografii (z których każda następna różni się od poprzedniej) - wyłania się wizerunek outsidera, odmieńca, brzydkiego kaczątka. Jest to kostium, który leży jak ulał - sam Andersen nakłada go z upodobaniem. Paradoksalnie - "kaczy" aspekt osobowości  pisarza jest nie mniej ciekawy niż jego "łabędzia" twórczość. Urodzony w domu szewca i o 15 lat starszej od męża praczki, od dziecka obarczony był ciężarem rodzinnej hańby - jego babka urodziła trzy córki w stanie bezżennym - każda z nich z innego ojca. W XIX-wiecznej Danii było to wykroczenie karane tygodniowym pobytem w więzieniu o chlebie i wodzie. Chłopcu, urodzonemu dwa miesiące po ślubie, nadano nazwisko matki, co prowokowało domysły o jego szczególnym pochodzeniu. Hans Christian miał starszą siostrę - kolejne panieńskie dziecko w rodzinie (przez całe życie przemilczał jej istnienie). Dotknięty chorobą psychiczną dziadek chłopca był obiektem niewybrednych żartów całego Odense. Ciotka natomiast prowadziła burdel w Kopenhadze. Jakby tego było mało - wcześnie owdowiała matka popadła w alkoholizm i zmarła w przytułku dla ubogich. 

Z taką dramatyczną biografią można było skończyć w rynsztoku... albo na Parnasie. Andersen wybrał to drugie i zmierzał do celu z oślą determinacją. Wiadomość o śmierci matki zastała go w Kopenhadze, dokąd wyjechał w wieku lat czternastu, w poszukiwaniu lepszego życia. Zanim chłopiec trafił do domu wysokiego urzędnika królewskiego Jonasa Collin'a, gdzie się nim zaopiekowano - kołatał do drzwi kopenhaskich notabli i dawał groteskowe popisy swoich umiejętności - tańczył, śpiewał, recytował fragmenty klasyki i własnych, pożal się Boże,  utworów młodzieńczych. Karierę śpiewaczą udaremniła mutacja; ze szkoły przy Teatrze Królewskim wyrzucono go z powodu wyjątkowej brzydoty; gimnazjum, w którym umieścił chłopca patron, stało się izbą tortur - przerośniętego ucznia stale upokarzano z powodu niedostatków w edukacji. Andersenowi brakowało ogłady, ponadto (do końca życia) robił straszne błędy ortograficzne, mylił litery - dziś nazwalibyśmy go dyslektykiem. Gdziekolwiek szedł - podążała za nim ŚMIESZNOŚĆ - wylewna szczerość i neurotyczna ekspresja na granicy mazgajstwa ściągała na niego złośliwe komentarze, które długo rozpamiętywał. "Patrz, oto nasz sławny za granicą orangutan" - usłyszał któregoś dnia pod oknem swojego kopenhaskiego mieszkania. Długo czekał na uznanie i zyskał je dopiero za sprawą "Baśni opowiadanych dzieciom", a i to nie w Danii, tylko za granicą, gdzie publiczność była dla niego łaskawsza. Dopiero sława na rynku niemieckim i angielskim zjednała mu rodzimą krytykę. Dziwna mieszanina kompleksów i megalomanii, "niewieścia" miękkość i skłonność do wzruszeń - były znamionami "odmieńca". Celnie to ujęła angielska biografka pisarza - Jackie Wullschlager: "Andersen pozostał dzieckiem, które poszukiwało po całej Europie miłości i bezwzględnej aprobaty, jakiej nikt nie udziela dorosłym"

konik.jpg

Niemal każda baśń jest zakamuflowaną spowiedzią pisarza.: "Historia mojego życia [będzie] najlepszym komentarzem wszystkich moich dzieł"...- pisał o sobie.  Oprócz powszechnie znanej baśni o brzydkim kaczątku jest i inna bajka-klucz, a mianowicie "Ropucha" - słabsza literacko od "Kaczątka" i rzadziej tłumaczona. Zacytujmy: "...A czyż to nie piękne wierzenie, że ropucha - najbrzydsze stworzenie, często ma w swojej głowie szlachetny klejnot? Czyż z ludźmi nie bywa tak samo?(...) Ropucha miała ten kamień w głowie: wieczną tęsknotę i ciągłą chęć sięgania wyżej, wciąż wyżej. Kamień ten błyszczał w niej, błyszczał radośnie, promieniał weselem"

Kiedy Andersen w liście do Henrietty Hanck przyznał się, że zamierza zostać najlepszym duńskim powieściopisarzem, rodzina Collinów skwitowała to zdaniem :"Skromny jak zwykle!". 

Niemal wszystkie utwory Andersena rozebrano na części z pomocą życiorysu pisarza i psychologii freudowskiej. Autoironiczna "Igła do cerowania", prorocza "Stokrotka", bardzo osobista "Niegodna kobieta", ważki, autobiograficzny "Cień", "Księżniczka na ziarnku grochu" - będąca jakoby baśnią hipochondryka, "Czerwone trzewiczki", w których pisarz wymierza karę przyrodniej siostrze Karen - pensjonariuszce kopenhaskiego burdelu (kat obciął jej nogi razem z trzewiczkami), niepokojący, zupełnie niezrozumiały dla dzieci "Niegrzeczny chłopiec", "Bąk i piłka" - w której autor naigrawa się ze swojej młodzieńczej miłości i wreszcie bardzo znacząca "Mała syrena" - napisana w dniu ślubu Edvarda Collin'a. Pan młody był synem Jonasa Collin'a - opiekuna Andersena, a zarazem najbliższym przyjacielem pisarza. Hans Christian uciekł z wesela i - pisząc "Małą syrenę" - metaforycznym językiem baśni wykrzyczał jakoby swoją rozpacz z powodu niespełnionej, "grzesznej" miłości do Edvarda. Jackie Wullschlager twierdzi, że to tłumiony homoseksualizm Andersena jest uniwersalnym kluczem do wszystkich jego baśni. Badacze twórczości Andersena coraz śmielej podnoszą ten aspekt szczególnej wrażliwości pisarza. W myśl freudowskiej interpretacji to Edvard Collin był pierwowzorem "księcia z baśni, który tolerował w domu skazaną na milczenie dziewicę o niezwykłym podbrzuszu jako dobrego przyjaciela, ale miejsce w sypialni zatrzymał dla prawdziwych kobiet". W tekście baśni po wielekroć jest mowa o tym, że Mała Syrenka milczy, ponieważ NIE WOLNO jej mówić. To nie obcięty język jest przeszkodą w ujawnieniu prawdy, ale niepisany zakaz - tabu. W istocie, baśń ta zawiera taki ładunek emocji, jakby napisano ją łzami. Motyw milczenia pojawia się także w "Dzikich łabędziach". Wiele lat później Edvard powierzał bez obaw opiece Hansa Christiana swoją dorastającą córkę, co było niepojęte z punktu widzenia ówczesnej etykiety. Jackie Wullschlager odnotowuje znamienny chłód i konwencjonalny styl korespondencji Andersena z kobietami, które jakoby darzył uczuciem - będący w jawnym kontraście z temperaturą listów do Edvarda, czy do Haralda Scharffa - młodego tancerza, który stał się obsesją Andersena w wieku dojrzałym. Do końca życia pozostał samotny i niewinny jak dziecko. 

Obok Andersena "kandyzowanego" istnieje także Andersen bardziej wytrawny w smaku - złośliwy i dowcipny. Uważna lektura baśni, i to niekoniecznie tych najbardziej znanych, odsłania nam Andersena - ironistę. Johan de Mylius - szwedzki badacz twórczości pisarza - twierdzi wręcz, że IRONIA jest wyróżnikiem stylu Andersena, który - niestety - nader często przepada w tłumaczeniu. Za przykład takich andersenowskich żartów niech posłuży kwestia jaką wypowiada właścicielka mopsa o swoim pupilu: "...on nie gryzie, jest jak ktoś z rodziny - wierny i zły". Albo charakterystyka dwóch "mądrych" braci Głupiego Jasia: "...Jeden z nich umiał na pamięć cały słownik łaciński i miejscową gazetę z trzech lat, i to zarówno od góry do dołu, jak i z dołu do góry; drugi nauczył się wszystkich paragrafów prawa cechowego i tego, co każdy majster powinien wiedzieć. Przy tym wyobrażał sobie, że może rozmawiać o państwowych sprawach, a oprócz tego umiał haftować szelki, bo był zręczny i wytworny". W dniu krasomówczych zawodów o rękę księżniczki dwaj bracia "nasmarowali sobie kąciki ust rybim tranem, by nabrały ruchliwości".  Składnia, interpunkcja, styl pisarza - są bardzo oryginalne i niewiele mają wspólnego z literackim językiem epoki. Teksty Andersena przypominają stenogram baśni opowiadanej na głos - jest to język potoczny, z wielką liczbą dygresji i odautorskich wtrętów. Ten specyficzny styl przysparzał kłopotów tłumaczom, toteż polerowano pisarza do banalnego połysku i czesano w ząbek. Sposób w jaki obchodzono się z tekstami  Hansa Christiana woła o pomstę do nieba. Przytoczę dwa anegdotyczne przykłady (przekłady): Brzydkie (groenne) Kaczątko przetłumaczone jako Zielone (grune) Kaczątko i Słowik cesarski - nocny śpiewak (Nachttisch) przetłumaczony na śpiewaka poobiedniego (Nacht Tisch). A to tylko pomniejsze grzechy translatorskie -  w nieskończonej ilości "transpozycji" i "adaptacji" pastwiono się nad Andersenem i jego spuścizną, przerabiając literackie perły na jarmarczne paciorki. Już choćby to, że najczęściej bywał tłumaczony z języka niemieckiego, a nie z duńskiego oryginału - świadczy o problematycznej wiarygodności przekładu. Niewybaczalną krzywdę wyrządziła duńskiemu pisarzowi szajka Walta Disney'a - obsadzając w rolach andersenowskich swoje Myszy Miki i Kaczory Donaldy. Mała Syrena pod postacią Myszki Minnie w czarnym trykocie, białych rękawiczkach i dwoma muszelkami na mysiej piersi - zjednuje ciągle nowych sprzymierzeńców antyglobalistom. Podobne uczucia wzbudza disneyowska KROWA na ziarnku grochu.

konik.jpg

Współczesna Andersenowi brytyjska pisarka Mary Russell Mitford uczyniła mu zarzut z tego, że w „Krzesiwie” żołnierz nakazuje zaczarowanym psom, aby noc w noc porywały z zamku śpiącą księżniczkę i przynosiły mu ją na grzbiecie. Nie spodobał się też epizod z „Małego Klausa i Dużego Klausa”, w którym żona pod nieobecność męża podejmuje wikarego kolacją i karmi go smakołykami. Te fragmenty miały jakoby dyskwalifikować baśnie z punktu widzenia moralności. Zarzucano pisarzowi okrucieństwo i czarnowidztwo, jako, że niewiele baśni Andersena kończy się happy endem. Zanim podpiszemy się pod tymi zarzutami warto uświadomić sobie, w jakiej epoce przyszło żyć pisarzowi i jaka doktryna pedagogiczna wówczas obowiązywała. W roku 1824 uczniowie gimnazjum, do którego uczęszczał Hans Christian, zostali doprowadzeni (ku przestrodze) na miejsce egzekucji. Wieszano młodą dziewczynę, a także jej kochanka i parobka, których dziewczyna namówiła do zabójstwa ojca, jako że ten nie zgadzał się na ślub córki z ukochanym. Tuż po egzekucji ciepłą krwią wisielców napojono chorego na padaczkę, co miało go uzdrowić wedle ówczesnego zabobonu. Upiorna kuracja nie podziałała – chory dostał ataku u podnóża szubienicy. Świadkiem tej sceny był Andersen i wszyscy uczniowie szkoły – od lat 11 wzwyż. Od tego makabrycznego widowiska tylko krok do konceptu, jaki pojawia się w baśni „Towarzysz podróży” , kiedy to czarodziej żąda od królewny wyłupionych oczu jej zalotnika, bo zamierza je zjeść.   

Jest jedna bajka, którą Andersen bardzo mi podpadł - wydaje się głupia i niedorzeczna - mam na myśli baśń "Mąż ma zawsze rację", czy też (w innym tłumaczeniu) -"Stary ma zawsze rację". Jest to opowieść o wieśniaku, którego jedynym majątkiem jest koń. I oto wieśniak idzie na targ, aby konia sprzedać, za aprobatą żony. Po drodze spotyka sąsiada z krową na postronku i dokonuje zamiany - odtąd będzie miał krowę zamiast konia. Potem kolejno zamienia krowę na owcę, owcę na gęś, gęś na kurę, a kurę na worek zgniłych jabłek. Swoim talentem do zamiany przechwala się w karczmie, gdzie siedzą dwaj Anglicy. Wieśniak zapewnia, że po powrocie do domu żona go pochwali za taką udaną transakcję. Cudzoziemcy nie wierzą, dochodzi do zakładu. Razem maszerują do domu wieśniaka i przegrywają zakład - żona, widząc worek zgniłych jabłek w miejsce konia, chwali mężowski rozum i nagradza go buziakiem. I tu następuje morał "widzicie, jak to się zawsze opłaca, kiedy żona jest wyrozumiała i przyznaje między innymi, że jej mąż jest najmądrzejszy i że cokolwiek czyni, ma zawsze rację". Głupotę tej bajki tłumaczyć może tylko błąd przekładu - być może jest to przypowieść ironiczna, ale ironia przepadła w tłumaczeniu?

konik.jpg

W papierach zmarłego Andersena odnaleziono niedatowaną kartkę, na której pisarz taką oto wystawił sobie cenzurkę: 

"Miłość do dzieci - duża

Popęd płciowy - niewielki

Miłość własna - średnia

Chęć podobania się - wielka

Ostrożność - duża

Dobroduszność - duża

Idealizm - wielki

Talent naśladowczy - duży

Poczucie słowa i mowy - duże

Humor - wielki

Zmysł lokalnej orientacji - średni

Poczucie formy - średnie

Poczucie barw - średnie

Poczucie cyfr - średnie

Słuch - bardzo dobry"

Prawdopodobnie kartka ta była śladem modnych podówczas badań frenologicznych, którym Andersen poddał się w Dreźnie. Jakikolwiek był - z pewnością był świadom wszystkich swoich cech i rozmyślnie je w sobie kultywował. To nie banalna ogłada uczyniła go nieśmiertelnym, ale nadwrażliwość, cierpienie, upór, emocje - cały ekwipunek genialnego pisarza. Ten kłopotliwy garb zapewnił mu sławę (co nie znaczy, że uszczęśliwił). Andersen jest wielki, bo pierwszy - zarówno Charles Perrault, jak bracia Grimm zbierali ludowe baśnie przeznaczone dla dorosłych - ich oryginalne wersje były nierzadko rubaszne i obsceniczne. Dopiero Hans Christian uczynił baśń gatunkiem autonomicznym, autorskim i nadał jej niepowtarzalny, osobisty charakter. Uniwersalizm tych baśni jest fenomenem - od Alaski po Afrykę dzieci utożsamiają się z Dzielnym, cynowym żołnierzem, Świniopasem, Calineczką... Na znaczkach afrykańskich republik można zobaczyć dziewczynkę z zapałkami.... w śnieżnej zawiei. Chwilami wręcz zżymam się na natręctwo, z jakim narzucają mi się andersenowskie klisze. Blisko 200 lat po narodzinach pisarza "myślimy Andersenem", a jego baśnie stanowią niezbywalną część naszego dziecięcego doświadczenia. Ambasador wszystkich dziwaków, nadwrażliwców i "odmieńców", niezawodny przyjaciel poniżonych, dwumetrowe dziecko w cylindrze, mądry Pan Jan, który udawał Głupiego Jasia.

 

Artykuł opublikowany w "Tygodniku Powszechnym"

konik.jpg